M. siedzi na przeciwko niej i patrzy uważnie na twarz porytą zmarszczkami i siecią popękanych naczyń krwionośnych, rumieniących się dumnie na szczycie kości policzkowych. Usta, które od lat całują już tylko czubek papierosowego filtra ukoronowane równiutkimi bruzdami, usta przez które rzadko przeciska się miłe dobre słowo. Cały czas mówi do siebie, M zastanawia się czy mówiąc do siebie też ma w głosie tę nieustanną pretensję... Jest chuda, nawet bardzo, jest w tej chudości coś z wiedźmy, jakby zło czaiło się w każdej sterczącej kosteczce. Ma palce sinego koloru, zniekształcone od ciężkiej pracy, w zimnie, w wodzie. Aż trudno uwierzyć, że te palce kiedyś były młode, ciepłe, że glaskały włosy niemowlęcia, że te kościste i odpychające dzisiaj ramiona, tuliły go przed snem. Jej napuchnięty od alkoholu brzuch dawno temu nosił w sobie nowe życie, maleńkie bijące serduszko, paluszki spragnione zabawy i mięciutkie policzki stworzone do całowania przez kogoś kto powinien kochać najbardziej, na zawsze- przez matkę. Dzieci niestety mają do siebie to, że rosną, że stają się osobną postacią, której autonomię trzeba uznać i uszanować, choć nigdy nie przestaną potrzebować matczynych objęć. Zdarza się czasem, że wraz z dorastaniem dziecka, matka zatraca poczucie "matkości", zanika ta bezdenna miłość, która kiedyś karmiła się zapachem dziecięcego mydełka na rozgrzanym po kąpieli, różowiótkim brzuszku, której nawet największe zmęczenie znikało na widok uśmiechniętych usteczek i wyciągnietych ramion tego małego nieporadnego stworzenia.
Kiedy to się stało? Kiedy przestała odbierać sygnały, znaki tej miłości? Kiedy zaczęła być konkurencją a przestała krwią z krwi? Nigdy nie była pięknością, interesująca tak, ale nie piękna. Miała 13 lat kiedy po raz pierwszy ta kobieta, która ją urodziła nachyliła się do niej w głupawym uśmiechu i na wpół prosząco a na wpół ostrzegająco powiedziała "nie odbijaj mi tego chłopaka" Nie żeby M miała w zwyczaju odbierać jej chłopaków, w tym wieku ona nadal marzyła o piosenkarzach i jakiś wiejski Don Juan jakoś nie wpasowywał się w to marzenie. Ale miała już pokaźny biust i pewnie stąd matczyne obawy co by z ojczyma nie stał się zięciem. Jeszcze pamiętała jak ta kobieta spiewała jej do snu, jak całowała czubek jej głowy. Codziennie tak bardzo czekała na jej powrót z pracy, zeby rzucić się do jej talii z okrzykiem "mamusiu!". Kiedy przestały być dla siebie całym światem? Czy wtedy kiedy sprowadzając do domu kolejnego "wujka" powiedziała "mam prawo być szczęśliwa", czy M nie była dla niej wystarczającym szczęściem? Czy wtedy kiedy przy kolejnej kłótni wykrzyczała jej, że "gdyby wiedziała,że będzie miała takie dziecko to by ją wyskrobała!". Przestała się nią interesować mimo że M tak bardzo jej potrzebowała. Nigdy nie zapomniała ciepła matczynej dłoni na policzku, ani tego jak czesała jej włosy w wysoki kuc, a kiedy marudziła, że ją ciągnie matka mówiła żartem"chcesz być piękna, musisz cierpieć". W końcu wyrosła z pragnienia matczynej troski, choć nigdy nie przestała jej potrzebować
Teraz siedzą tu obok siebie jak dwaj więźniowie połączeni DNA, nie mogąc znieść siebie na wzajem, M nadal potajemnie szuka tej mamy, która trzymała ją za rękę i na złość koleżankom mówiła"mam najpiękniejszą córeczkę", matka nigdy nie znalazła w żadnych meskich ramionach tego szczęścia, którego tak zachłannie poszukiwała. Być może miała je w postaci tej małej dziewczynki, ale jak w okropnej ludzkiej naturze bywa ciągle chcemy więcej, lepiej aż zostajemy z niczym. Tak jak po nich zostanie tylko cień okaleczonych ludzi, którzy już w żaden sposób nie będą w stanie opatrzyć tej jątrzącej sie rany w brzuchu, budzacej je ciężarem pustki w sercu o 5 rano.
Niewyobrażalne to wszystko dla mnie, szkoda, że to nie fikcja
ReplyDelete❤
Delete